Wszystkie »

  • Wpisów:228
  • Średnio co: 16 dni
  • Ostatni wpis:8 lata temu, 11:04
  • Licznik odwiedzin:323 409 / 3882 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Gdyby ktoś skonstruował urządzenie, które podpięte do telewizora wyciszałoby Pieńkowską i Jagielskiego, a całą resztę dźwięków pozostawiało nietkniętą - uuu, byłabym pierwszą nabywczynią. Myśl, narodzie, myśl!
  • awatar Gość: Chyba takie zasady i taka "polityka firmy". Wpychanie na siłę odgrzewanych kotletów i robienie gwiazd z pogodynek.
  • awatar achajka: Mam dziwne wrażenie, że spora część narodu jej nie znosi, po co więc ten lans na siłę?
  • awatar Gość: Pieńkowska skutecznie podniosła mi niedawno ciśnienie i zobrzydziła TVN. Ma jak byk w materiale napisaną nazwę "Entropia", ma napisane - wyraźnie, bo takie mam pismo - na karteczce którą trzyma w ręku; i co naród słyszy? "Entrofia". FACEPALM.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Oesu, Lisbeth Salander, czyli kolejne noce zarwane...
 

 
... tak właśnie w moim przypadku wyglądało czytanie "Księgi imion" Jill Gregory i Karen Tintori. Zachęcona tekstem z okładki wzięłam się za czytanie ponoć dobrego thrillera kabalistycznego. Tak po stu stronach mnie wciągnął. Zdaję sobie sprawę, że takie jest prawo thrillerów - wszystko dzieje się szybko, cała akcja wikła się i rozwiązuje w przeciągu kilku dni a nawet godzin. I, co dziwne, u np. takiego Dana Browna w ogóle mi taki fenomen nie przeszkadza, u tych pań na początku straszliwie to irytowało. Thriller kabalistyczny sugeruje, że to nie tylko siły ludzkie mieszają w sprawie, to również siły boskie. Co właściwie może trochę psuć czytanie. Głowny bohater doświadcza wizji po tym, jak w dzieciństwie przeżył śmierć kliniczną. To nie tyle wizje, co nazwiska ludzi, które od lat zapisuje w swoim notesie, chociaż sam nie wie, po co to robi. Ale przyznam szczerze cała pozostała część historii jest niezła. Gnozycka sekta owłądnięta manią zniszczenia świata, w między czasie wiodąca żywot epikurejski (mam tu na myśli poszczególne jednostki należące do tejże sekty), Bóg przekazujący imiona lamed wojowników, a więc 36 sprawiedliwych, dzięki którym świat nie stoczy się na samo dno przepaści plus cała ta kabalistyczna otoczka (magiczne kamienie ze świętego pektorału Aarona) mogą być zarówno nie do przejścia, jak i bardzo wciągające. Uwielbiam książki z zagadkami historycznymi w tle, ale do tej pory raczej były to zagadki typowo ludzkie, kiedy wmieszany jest w to Bóg, zaczynam wątpić w "prawdziwość" fabularnych wydarzeń. Zaczyna mi to przeszkadzać. I tu też tak było. Z czasem jednak dałam się wciągnąć, i doczytywałam już na dużym przyspieszeniu. Ale początki były trudne.
 

 
Jako, że wczoraj wyskoczyłam z łóżka o 8:30, dzisiaj nie mogłam zwlec się przed 12. Wygląda na to, że w przyrodzie faktycznie nic nie ginie. Nawet mój sen.
 

 
Garść informacji: http://www.studia.net/wydarzenia/2257-lipdub-na-uam

I jeszcze raz gotowy teledysk:
  • awatar jacek23151: Profesjonalnie. U nas na SGH wyszło trochę gorzej, ale tylko przez chujową synchronizację. Za to Krakusy dały d... :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Dzisiejszy dzień, a przynajmniej jego pierwsza część upływają mi pod znakiem takich oto słów:

"A u szalalala mam dwie lewe ręce
A u szalalala nie mam pieniędzy
A u szalalala brac się do roboty
Zamiast pracować ja wolę leniuchować"

A zresztą kogo ja oszukuję - tak jest dzień w dzień. Ale ale, od środy mam już świąteczną przerwę. I może to jest powód, że nic mi się nie chce. Musiałabym się spiąć na poniedzałek - byłoby inaczej. A swoją drogą bez sensu te godziny rektorskie - od 22 grudnia. Wszak wiadomo, że studenci wyniosą się najpóźniej w weekend do domów i poniedziałek będzie straszył pustkami na korytarzach. No ale to już Szanowna Magnificencja zrzuca na naszą odpowiedzialność.
  • awatar patyczak: jak masz tyle wolnego to zacznij hodować sobie choinkę http://listonic.pl/zofia/choinka i spraw żeby mikołaj przyszedł do ciebie drugi raz i przyniósł wypad do spa ipoda l kurs tańca lub inne rzeczy które moga cię zainteresować
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Kariny Pjankowej "Prawa i powinności" to dość przewrotna książka. Zadowalająco sympatyczny i niepozorny pastisz (chociaż dla mnie to raczej aluzja niż typowy pastisz) klasycznej fantasy w typie tolkienowskim, choć początkowo może irytować tajemniczością głównego bohatera, brakiem określonego celu wyprawy (enigmatyczne Zło) i szeroko rozumianym czytelniczym in medias res, z czasem przyzwyczajając odbiorcę do takiego stylu fabularnego, oprócz dobrej zabawy zapewnia także do wystarczające zaciekawienie. No bo kim w końcu jest nasz protagonista, skoro przeczytaliśmy dwie trzecie książki i nadal otrzymujemy sprzeczne sygnały, co do jego osoby? Zagadki w żaden sposób nie pomagają rozwiązać jego kompani - drużyna, jak się patrzy, złożona z samych najodważniejszych, najsilniejszych, najwaleczniejszych bohaterów nad bohaterami płci obojga; drużyna, dodajmy, wielorasowa i wielokulturowa - to wszak konieczność. Ale kto ich wysłał? I tak dokładniej - dlaczego w ogóle wędrują? Czy wiedzą dokąd? Takich właśnie momentów irytujących "Prawom i powinnościom" zresztą nie brak. A propos irytacji - w którymś momencie miałam wręcz wrażenie, że czytam przygody polskiego Ślązaka Reynewana (A. Sapkowski), który to nieustannie wpada z deszczu pod rynnę, z kłopotów w tarapaty i na odwrót (co właśnie w "Narrenturmie"najbardziej mnie drażniło). Tyle tylko, że tak jak Reynewana ratują często gęsto przyjaciele, tak bohater Pjankowej, nomen omen Raywen (co pewnie też nie pozostało bez pływu na moje skojarzenia) ciągle musi ratować swoją drużynę. Kompani zaś w jego sprawie nie kiwnęliby palcem (schemat - początkowo znienawidzony "dziwak" z czasem zmienia się w najlepszego przyjaciela). A ileż tu Tolkiena! I wszelkich innych elementów tradycyjnej fantasy, że aż trudno wymienić jakieś konkretne nazwisko (Tolkien się jenka narzuca najbardziej).
Co rozczarowuje? Na pewno owo mityczne Zło. Odnosi się bowiem na końcu wrażenie, że wyprawa funta kłaków nie była warta. Irytują też fabularne niedociągnięcia, niedopowiedzenia, czasem wręcz jawny brak konsekwencji. Ale i tak jest miło. No i jak na pastisz przystało - zabawnie. Nawet dla nie do końca zorientowanych w tematyce.
  • awatar kagetsu: Książka ciekawa, szybko się czyta. Spokojnie dałam ją do przeczytania mamie, która niezbyt przepada za fantasy i bardzo jej się spodobała. Główny bohater jest postacią interesującą choć według mnie za bardzo przypomina Chucka Norrisa z kawałów.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Lisa Jewell... zaskoczyła mnie. Spodziewałam się czegoś poniżej oczekiwań (ależ perełeczka mi wyszła!), a tu miła niepodziewanka. Ale nie chce mi się pisać po raz drugi, wrzucam więc linka:

http://www.akademiec.pl/pl/redakcja/ksiazka/lisa_jewell_ulica_marzen.html
 

 
Po wizytach w berlińskich Neues Museum i Muzeum Pergamońskim naszła mnie gorzka refleksja, że nikt tak jak Niemcy nie potrafi kraść zabytków. I nie przemawia tutaj przeze mnie żaden nacjonalizm, ot zwykłe stwierdzenie podszyte irracjonalną zazdrością, że nam się tak pięknie nie udaje tego robić.


1. Najpierw detal z fasady rzymskiego targowiska w Milecie(domyślam się, że to właśnie owa fasada była jednym z zabytków, wokół których muzeum musiało być budowane, bo już po postawieniu budynku nie udałoby się umieścić w nim eksponatu o takich gabarytach).

2. Może nie najlepsze zdjęcie, ale z braku czasu jedno z niewielu - babilońska Brama Isztar.

3. Moja ukochana, najpiękniejsza Egipcjanka - Nefertiti.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
No i skończył mi się urlop. Jutro pierwszy powakacyjny dyżur. Chociaż żadne półmóżdżki (to pieszczotliwie jest, a niektórym się nawet taka pieszczota nie należy) nie zgłosiły swojego akcesu, to kto wie, co to się będzie działo. W każdym razie ja zwarta i gotowa. Chociaż może rozkojarzona bardziej niż zwykle. Za to w razie posuchy mam sympatyczną książczynę. Kryminał Tany French "Zdążyć przed zmrokiem". Piszę sympatyczna, bo na razie taka jest. To może i dobrze, bo mroczność mnie nigdy nie pociągała, a bohater mentalnie nieco do mnie podobny
 

 
Lekkie, słoneczne letnie popołudnia natchnęły mnie na lekkie, babskie książki. Pochłonęłam ich kilka z rzędu. W kilka z rzędu popołudni. Między innymi Szwai "Dom na klifie". Szczerze, zaskoczyła mnie. I nadal nie jestem pewna, czy pozytywnie. Szwajowe książki zwykle bywają lekkie, łatwe i przyjemne, ale odnosiłam wrażenie, że raczej takie "rzeczywiste"; pozostawały zwykle w sferze "wszystko może się zdarzyć" i to było w nich fajne. "Dom na klifie" mimo, że poruszający o wiele poważniejsze tematy niż te wcześniej przeze mnie czytane pozycje, pozostawił też po sobie jakiś niesmak. Jakby książka mówiąca o ciężkich sprawach stworzona została w duchu dacapowskiego romansidła. Dobrze się czytało, jak zwykle w przypadku Szwai, ale takie połączenie niezobowiązującego z trudnym chyba nie jest najlepszym pomysłem. W każdym razie mnie nie przekonało. Choć na dłuższą metę do autorki nie zraziło.
  • awatar achajka: Znam nazwisko, ale nic nie czytałam. Hmm...
  • awatar tatanka: yh. Szwai przeczytałam tylko 'jestem nudziarą' i mnie specjalnie nie zachwyciła więc za nic innego już się nie brałam. Za to ostatnio przeczytałam 'prowincję' Barbary Kosmowskiej, też babskie, ale w sumie samo się czytało i to nie była kompletna strata czasu. Więc jeśli masz fazę na taką literaturę to polecam.
  • awatar Gość: U mnie z kolei w tym roku, wakacyjna pratchetto-mania i rice'o-mania. I czuję niedosyt ;]
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Miało być o książkach, a powinno być raczej o literaturze i sztukach pokrewnych

Nie umiem sobie odmówić pewnego tematu. Teksty piosenek. Nie jestem fanką poezji śpiewanej, chodzi mi raczej o teksty, które powstawały z myślą, że będą piosenkami, a jednak gdyby wydać je w tomiku - z powodzeniem obroniłyby się jako wiersze.

Na tę chwilę będzie o tekstach Marcina Kydryńskiego, bowiem do ucha szemrze mi właśnie Anna Maria Jopek, jedna z najlepszych polskich wokalistek. Kydryński pisze tak, że aż dech zapiera. Albo może raczej Jopek śpiewa tak Kydryńskiego, że aż dech zapiera. Ale teksty same w sobie też niezłe. Rzadko w polskim przemyśle muzycznym zdarza się tak idealne połączenie słowa, muzyki i głosu. Przy czym słowo ma niemały wpływ na ową niezwykłość. Czytałam różne recenzje na temat - nazwijmy to - twórczości pana Marcina, a jednak dla mnie stanowi ona pewną klasę. Czasami może i ociera się o patetyczność, ale w doskonałej większości jest to przykład na to, jak pięknie i bez wyświechtanych słów czy nadmiernej retoryki można mówić o emocjach, przemyśleniach, po prostu życiu. A kiedy trafią się wyświechtane słowa (bo i tak się zdarza) to w otoczeniu innych słów owo wyświechtanie rozpływa się i nie jest wyczuwalne. Teksty Kydryńskiego bywają różne. Czasami rzeczywiście w formie wierszowanej - wersy, rymy, strofy. Kiedy indziej jest to raczej prozatorska forma. Żadnych rymów, wersy o różnych długościach. "Wiersz biały". Ale niezależnie od sposobu zapisania ich - poruszają. Dla mnie to bezapelacyjnie jeden z najlepszych polskich tekściarzy.

"Pozwól sobie na dar zdumienia, a znajdziesz sens, ufaj mi.
Zrób, co możesz, by Twe istnienie było cenne jak kropla krwi."

Takie banalne a takie piękne
  • awatar achajka: To ja bym do wyżej wspomnianych klasyków angielskich ;) dodała jeszcze Stinga. Rewelacyjnie się go słucha.
  • awatar Wredna Belfrzyca: Dla mnie teksty to jedna z ważniejszych rzeczy przy słuchaniu muzyki - dlatego tak bardzo lubię Cohena, Cave'a czy Reeda - teksty tego ostatniego zostały zresztą wydane jako tomik poezji.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Kupiłam "Podpalaczkę" Stephena Kinga i zamierzam się jej w najbliższym czasie poświęcić. To mój pierwszy King; naszło mnie po dzisiejszym seansie "Mgły". Na dzisiaj to wszystko
  • awatar Gość: Kinga powinnaś zacząć powoli. Albo od hard - Cmentarz dla zwierzaków (Smętarz dla zwierząt), Lśnienie, Christine. Albo od soft - Skazany na Showshank, Wielki Marsz. No i genialna w każdej konfiguracji Carrie. Ale to może raczej najpierw dePalmy. :) Film, jaki potrafi się przyśnić.
  • awatar Gość: To może ja też głos zabiorę, bo Kinga czytuje regularnie. Ja mam taki mały problem z jego książkami, że jestem skażony setkami horrorów i thrillerów, które obejrzałem na ekranie. W związku z tym mało co wywołuje u mnie ciarki, a przecież to jest cel tego gatunku prozy. Mimo to przeczytałem wiele pozycji tego autora dla samego klimatu, a może i pomysłowości i jestem pełen podziwu. Jeśli chodzi o adaptacje to jak dla mnie "Czerwona Róża" i "Lśnienie" to perełki. Wracając do prozy to ze swojej strony mógłbym polecić coś, co nieco odbiega od typowej "kingowatości", a mianowicie siedmioksiąg tegoż autora pt. "Mroczna wieża". To jest zupełnie inny gatunek, inna bajka, inny zamysł - chociaż uznawane za zwieńczenie całej twórczości Kinga. Książki są wypełnione metaforami, filozofiami, morałami i prawdami życiowymi. Jak dla mnie - taki Coelho, tylko że w lepszym wydaniu i z wciągającą fabułą :) pozdrawiam, yoshi
  • awatar Gość: Uwielbiam filmy na podstawie prozy Kinga. Niezależnie od tego czy reżyser dysponował wielkim budżetem czy też produkcja powstawała na potrzeby telewizji klimat powieści autora sprawia, że film zawsze wciska w fotel. Jeśli chodzi o książki to, moim skromnym zdaniem, King świetnie sprawdza się w temacie - małe miasteczko i jego mieszkańcy w obliczu zagrożenia. Bardzo dobrze czytało mi się Sklepik z marzeniami i Cujo. Teraz przymierzam się do straszącego także objętością Bastionu.:) Pozdrawiam!:)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Paulo Coelho. Skarbnica cytatów, życiowych mądrości, krótszych lub dłuższych sentencji. Każdy znajdzie coś dla siebie. Jakieś mądre zdanie, które nagle zachwyci. Prawdę objawioną, z której do tej pory czytelnik nie zdawał sobie sprawy (tak, tak, najważniejsza jest miłość, dobro jest w każdym człowieku, każdy też może nauczyć się dostrzegać piękno codziennego życia). Język jednak trochę jakby za bardzo pompatyczny, autor aspirujący do miana mędrca i przewodnika. Trochę to nużące po pewnym czasie. Przeczytanie jednej książki to jak przeczytanie wszystkich. Właściwie nic do Coelho nie mam, sama swego czasu uległam jego magii, szybko mi jednak przeszło. Mogę czytać ale bez zachwytów, wyrosłam z młodzieńczej ekscytacji. Znam jednak wiele osób, które lubią, cenią i nie wyobrażają sobie nie posiadać każdego kolejnego Coelho. De gustibus
  • awatar aniaphoto: dokladnie taki stosunek mam do tworczosci Coelho. Alchemik zachwycil mnie jako nastolatke, Czarownica z Portobello wyprowadzila z rownowagi, przeciez w tym czasie moglam wglebiac sie w jakas ciekawa ksiazke...
  • awatar jtyfyjfyjfyjtfyj888: Kiedyś z jednej z gazet przeczytaąłm,ze książki Coelho to ''filozofia dla ludu'' ... no prawde mowiac coś w tym jest choć w 100% bym sie z tym nie zgodziła.Osobiście przeczytałam wszystkie ksiazki,ale jak do wszystkiego taki i do Coelha podchodzę z dystansem Pozdrawiam
  • awatar cff: Lubię... można przeczytać raz... tylko raz.. potem robi się miałkie i jak to ujęłaś pompatyczne. Naj? Weronika...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Dziś o literaturze lekkiej, łatwej i przyjemnej, takiej która bawiąc bawi i... i tyle. Ale za to jak bawi! Wiele traci kto nie zna. Takie jest moje zdanie. Dla mnie jest to ten typ powieści, który zawsze wprowadza w życie dobry humor i nastraja pozytywnie, połykana jednym ciągiem powoduje apetyt na więcej.
Joanna Chmielewska, bo o niej tu mowa, swoje pseudokryminały, kryminały w przymrużeniem oka, czy, jak kto woli, komedie kryminalne tworzy już od ponad 40 lat. Całość księgozbioru mogłaby zająć niejedną biblioteczną półkę.
Jestem wielką admiratorką talentu pani Joanny. Pierwszą jej książkę przeczytałam na jakichś koloniach letnich, był to "Większy kawałek świata", od tego czasu poszukiwałam jej nieustannie po bibliotekach i księgarniach. Niestety, nie przeczytałam wszystkiego z bogatej twórczości pani Chmielewskiej, ale było tego wystarczająco dużo abym wiedziała o czym mówię.

Osobiście dzielę twórczość Chmielewskiej na trzy grupy. Dla dzieci, dla podlotków i dla dorosłych. Przy czym grupy docelowe w wielu przypadkach mogą się z dużym powodzeniem przemieszać i każdy znajdzie coś dla siebie. Wśród książek dla dzieci królują oczywiście te traktujące o przygodach rodzeństwa Chabrowiczów - Janeczki i Pawełka.Temat niestety wiele lat temu został przez autorkę zarzucony, co zapewne można wytłumaczyć faktem nieuniknionego dorastania rodzeństwa (z drugiej strony taki Krajewski, o którym jeszcze wspomnę, zupełnie nie trzyma się chronologii tworząc opowieści o Eberhardzie Mocku i jakoś nikomu to nie wadzi). Z tego powodu współczesna młodzież ma problem z utożsamieniem się z parą głównych bohaterów, a może raczej - z odnalezieniem ich na księgarskich półkach. Jeśli mnie pamięć nie myli ostatnią z tej serii książką był "Zbieg okoliczności" wydany w 1993, a przecież przez te 10 lat świat posunął się gigantycznie do przodu i dzisiejszym dzieciom nieco trudno wtopić się w rzeczywistość milicyjnych radiowozów, wczasów w ośrodkach pracowniczych i całego sztafażu peerelowskiej czy świeżo popeerelowskiej rzeczywistości. A szkoda, bowiem przygody sprytnych dzieciaków, ich pomysłowość i entuzjazm mogłyby dodatnio wpłynąć na dzisiejszych milusińskich zaaferowanych rzeczywistością głównie wirtualną. Sama zresztą jestem ciekawa jak rodzeństwo oraz ich dzielny pies poradziłoby sobie w dzisiejszym świecie. Bo, że objawiliby się jako ludzie (i zwierzęta) czynu - nie wątpię.

Drugim jakby subgatunkiem twórczości pani Joanny jest skromna niestety w swych rozmiarach seria książek traktujących o przygodach dwóch klasowych przyjaciółek - Tereski i Okrętki. A także o perypetiach ich rodzin, bliższych i dalszych, znajomych, sąsiadów. Książki o tych przezabawnych, inteligentnych młodych damach niestety mamy tylko trzy, przy czym "Ślepe szczęście" ostatnia z nich, podzielona jest na trzy różne przygody, które to części obiło mi się o uszy, początkowo wydawane były oddzielenie. Aktualnie jednak figurują w wydawnictwie tylko trzy: "Zwyczajne życie", "Większy kawałek świata", "Ślepe szczęście". W wypadku tej serii wyraźnie widać, że autorka miała wizję i starała się ją konsekwentnie zrealizować. Co więcej jasno dała do zrozumienia na końcu trzeciej części, że jest to koniec właśnie, pozwalając swoim bohaterkom żyć własnym dorosłym życiem. Te same postaci przewijające się przez wszystkie tomy, oprócz oczywiście głównych bohaterek, sprawiają, że kończąc jedną książkę ma się ochotę sięgnąć od razu po następną. Opowiedziane ze swadą przygody mniej lub bardziej realistyczne bawią do łez czytelnika i sprawiają, że darzy on bohaterów prawdziwą sympatią. I tak jak w przypadku poprzedniej podgrupy, mimo iż wydaje się, że książki mają konkretnego projektowanego odbiorcę - każdy kto po nie sięgnie, a kocha przygodę, dowcip, ciekawe charaktery - nie zawiedzie się.

Trzecią grupą, którą wyróżniam w twórczości Chmielewskiej są kryminały. Myślę, że nie przesadzę jeśli stwierdzę, ze pani Joanna stworzyła nową jakość kryminału. To nie są "twarde" kryminały w stylu Agathy Christie ani też mroczne historie w stylu wspomnianego przeze mnie Marka Krajewskiego. Są to raczej lekkie opowieści, których celem jest przede wszystkim zabawić czytelnika, odprężyć i zrelaksować.

Trudno jest pisać o kryminałach Chmielewskiej jako całości. Są one bowiem pod różnymi auspicjami pisane. Różnią się chociażby bohaterami. Od najbardziej komicznych (Lesio i jego ekipa) po przewrotne alter ego samej autorki. To też jest swoistą cechą tych książek - czytelnik gubi się w fikcji literackiej, przyjmuje ją jako realistyczną. Dzieje się tak dzięki pierwszoosobowej narracji, wątkach biograficznych wspólnych autorce i bohaterce (np. zawód) a także stałych postaciach drugoplanowych. Mamy więc najbliższą przyjaciółkę bohaterki Joanny czyli Alicję. Mnóstwo bliższych i dalszych przyjaciółek i znajomych, ot chociażby Martusię z Krakowa, plenipotenta pana Tadeusza, policjanta (stopnia nie pomnę) Bieżana itd itd. Co jest siłą Chmielewskiej to właśnie owa główna bohaterka. Wydawałoby się, że z czasem będzie się coraz trudniej z nią czytelnikowi identyfikować, że nagle staną się to kryminały dla starszych pań - nic bardziej błędnego. Zmienia sie bowiem jedynie jej wiek, ale jej charakter pozostaje równie zwariowany jak był dawniej. Ten sam upór, cięty język, ironia i złośliwość... muszę przyznać, ze aż sama się w tym gubię (gdzie kończy się autor a zaczyna postać fikcyjna), mimo, że znam żelazne zasady jakimi rządzi się świat przedstawiony i fikcja literacka.

Trudno mi wymienić jedną ulubioną książkę tej autorki. Owszem, są takie po które sięgam częściej i chętniej, ale i tak jednoznaczne przyznanie palmy pierwszeństwa nie jest łatwe. Zaskakująco dla swojego otoczenia nie przepadam za Lesiem. Zaskakująco dla mnie - uwielbiam te o wyścigach konnych ("Wyścigi", "Florencja...".
Z moich osobistych obserwacji wynika, że nieco gorsze fabularnie są książki wydane na przełomie lat 80 i 90. Widocznie czas przemian i dla autorki, jej kondycji twórczej nie był najłatwiejszy. Te, do których mogę wracać bez końca to zarówno Janeczka i Pawełek jak i Tereska z Okrętką. Ale nadal nie potrafiłabym wskazać tylko jednej jedynej.

Boję się, że może to zabrzmieć trochę bluźnierczo, ale dla mnie Joanna Chmielewska jest pierwszorzędną autorką literatury drugorzędnej. Czy raczej tej lżejszego formatu. Najlepsza w swojej klasie. I mam nadzieję, że jeszcze przez kilka najbliższych lat ucieszy mnie swoim talentem.
  • awatar Jaime Fiesta: Ja też bardzo cenię Chmielewską. To znaczy mniej jako osobę, bo oglądając z nią wywiad można stwierdzić, że to starawa larwa w kółko paląca fajki i myśląca że wciąż ma 25 lat, ale jako autorkę. ,,Zapalniczka" - ostatnie bodajże dzieło pani Chmielewskiej - świetne. ,,Lesio" i ,,Dzikie Białko" - nie mój gatunek. Ale ,,Wszystko Czerwone" - idylla! To moim zdaniem jej najlepsza książka, ba!, w ogóle jedna z lepszych książek o jakimśtam wątku kryminalnym jakie kiedykolwiek czytałem. Mimo że akurat bardziej postawiono tu na zabawę (jeden trup i chyba z 12 usiłowań) to jest to książka genialna i ciągle do niej wracam.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Generalnie jest tak: książka lepsza w 99 % przypadków. Często wręcz nie da się zrozumieć filmu bez wcześniejszego przeczytania książki. To, że jest on inaczej odbierany - zupełnie zrozumiałe, ale to, że bywają naprawdę wielkie problemy ze zrozumieniem filmu bez uprzedniego przeczytania książki - to wielka wina scenarzystów adaptujących tekst.
Właśnie na scenarzystach wszystko się opiera. Ich indywidualizm podejścia do tekstu może ten tekst wprowadzić na nowe tory, może stworzyć coś naprawde fajnego luźno na oryginale opartego a może też go ostatecznie zarżnąć.
Subiektywnie pod lupę jako przykład wezme "Dumę i uprzedzenie" Jane Austen i jej ostatnią ekranizację. Tę w reżyserii Joe Wrighta. Aby zachować równowagę i nie dać sie ponieść emocjom odstawię na bok kwestię chybionej obsady, dziwnych decyzji kostiumografów i scenografów, skupię się tylko na tym, w jaki sposób przeniesiono na ekran tekst. Przy tym nie da się również ominąć odwołań do "Dumy..." w wersji serialowej. Żeby było jasne - nie znam się na tym. Nie zajmowałam się nigdy filmoznawstwem, kwestiami adaptacji tekstu, scenariuszami filmowymi. Piszę o tym, co widzę, a widzę niezbyt ciekawe rzeczy.

Oczywiście odbiorca ma prawo nie znać adaptowanej książki, na podstawie której film właśnie ogląda. Ja sama zaliczyłam w ostatnim czasie kilka takich filmów, dzięki którym (z różnych powodów) do konkretnych książek zamierzam sięgnąć. Nie uważam więc, że wymogiem koniecznym do oglądania filmu jest zapoznanie się z adekwatna literaturą. Jednak często wydaje mi się, że sami scenarzyści nie biorą tej jakże oczywistej prawdy pod uwagę i tworzą scenariusz zakładając, że widzowie i tak bedą wiedzieć o co chodzi, więc niezbędnych skrótów nie trzeba uzasadniać, nie trzeba się tłumaczyć z radykalnych zmian fabularnych. Ludzie! Często rzeczywiście tak jest, zmiany dokonane nie rażą lub nie zakłócają odbioru, ale równie często właśnie dzieje sie tak, że widz zaczyna być delikatnie mówiąc zdezorientowany i traci bardzo wiele ot chociażby z komfortu oglądania. Wracając do samej Austen. Sześcioodcinkowy serial jest w stanie pomieścić o niebo więcej treści niż dwugodzinny czy ile tego tam było film. Cięcia są niezbędne, owszem, ale czy muszą byc na tyle radykalne, że nagle siedząc w fotelu kinowym człowiek słyszy dobiegające zewsząd pytania: "Ale co się dzieje?", "Gdzie ona jest?". Może nie jest to wstrząsające przeżycie i nieco demonizuję w tej chwili ale czyż nie jest tak, że doskonale zaadaptowana opowieść nie powinna usłyszeć takich pytań? Oglądałam niedawno "Pokutę". Książki jeszcze nie czytałam, chociaż mam zamiar w najbliższym czasie to zrobić. Nie wiem więc na ile przeżywanie danych sytucji fabularnych z subiektywnego punktu widzenia konkretnego bohatera jest zgodne z książką a na ile to chwyt scenariuszowy, ale faktem jest, że nie zgubiłam się w tym ani razu. A więc można niełatwo, nielekko a przyjemnie prowadzic opowieść filmową? Można. Można nawet, jak w przypadku serialu "Duma..." dodać sceny, których tekst oryginalny nie miał, a wpływa to dodatnio na dramatyzm akcji, chociaż może niekoniecznie na jej rozwój. Tyle o Austen.

Bywa i tak, że zmiany scenariuszowe wpływają absolutnie dodatnio. Tutaj kłąnia się Jackson ze swoją wizją Tolkiena. Wszyscy moi znajomi zgodnie twierdzą, że brawa należą sie reżyserowi za zrezygnowanie zarówno z Toma Bombadila jak i wszechobecnych w powieści pieśni, piosenek i piosneczek. Jackson ma bardzo konkretną wizję tego świata, konsekwentnie zrealizowaną i chwała mu za to. Bez znajomości książki film odbiera się znakomicie. Jasne, że inaczej niż po przeczytaniu tekstu, ale nie jest to różnica negatywna.
O konkretnych filmach i ich adaptacjach można by bez końca, pewnie jeszcze wróce do tego tematu, nie zarzucam go ostatecznie, teraz była tylko garść uwag, przemyślanych, ale na szybko.

I ostatnia rzecz: oglądałam kiedys jakiś film na podstawie książki. I był to jeden jedyny raz, kiedy stwierdziłam, że film lepszy (sic!). Obecnie próbuję sobie przypomnieć co to było, lecz złośliwa pamięć zawodzi jak nigdy. A przeciez dobrze byłoby znac taki szczególny wyjątek.
  • awatar Wredna Belfrzyca: Jak dla mnie jedną z bardziej załamujących ekranizacji książek były "Dziewiąte wrota" Polańskiego na podstawie "Klubu Dumas" Perez-Reverte'a. Jedyny plus - Depp idealnie się wpasował w moje wyobrażenie Corso. Poza tym jednak tragedia - dwa wątki ściśnięte w jeden, przez co misterna konstrukcja książki z licznymi fałszywymi tropami w ogóle znikła, i zakończenie takie, że musiałam kilku koleżankom tłumaczyć, o co w nim chodziło (bo one, w przeciwieństwie do mnie, Perez-Reverte'a nie czytały).
  • awatar achajka: Z "Pachnidłem" zgadzam się w stu procentach. Książka świetna, film nie zawiódł chociaż pobiegł w nieco inną stronę. Trudno byłoby przekazać przeżycia wewnętrzne bohatera, ale wybrnięto z tego znakomicie. "Trainspotting" znam ale nie widziałam. Co więcej nie wiedziałam że to adaptacja. Zaś jeśli chodzi o Jacksona - musiał unieść ciężar oczekiwań fanów. Jak dla mnie - nie zawiódł, ale też zagorzałą tolkienistką nie jestem.
  • awatar Gość: Co do innych filmów, w związku z którymi odczucia miałem podobne to zdecydowanie zalicza się do nich "Pachnidło". Nie spodziewałem się tego, że twórcy filmu staną na wysokości zadania, bo film nie jest w stanie ująć tych najważniejszych aspektów książki.. bo niby jak pokazać zapach na ekranie? Kwestia tylko taka, że według mnie nadrobili to w każdym pozostałym kierunku. Jak dla mnie książka i film są mistrzowskie w dwóch różnych kategoriach. Mogę za to napisać, że w jednym przypadku film (oczywiście moim zdaniem) przyćmił swoją książkową wersję - "Trainspotting" Danny Boyle'a według prozy Welsha. Ta produkcja po prostu wbiła mnie w fotel :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Gdy myślę o moim ulubionym współczesnym poecie, na pierwsze miejsce wysuwa się bezapelacyjnie Stanisław Barańczak. I przede wszystkim jego nowofalowa twórczość. Wyrosły na gruncie lingwizmu poeta w niesamowity sposób używa słowa. Jego brzmienia, ukrytego sensu, wydźwięku. Momentalnie uświadamiam sobie atmosferę tamtych lat, gorączkę studenckich strajków, bunt wobec sytuacji społecznej. Polska bywa smutnym krajem nawet w dzisiejszych czasach, a wtedy musiało byc jeszcze smutniej, jeszcze szarzej i jeszcze bardziej beznadziejnie. Zima u nas trwa nieraz dłużej niż pół roku. I tę szarość, nijakość także uchwycił Barańczak. Kłania mi się tu mój ulubiony tomik "Tryptyk z betonu, zmęczenia i śniegu". Jego fragmenty towarzyszą mi w życiu codziennym ("Każdy z nas ma schronienie w betonie\ oprócz tego po jednym balkonie\ na nim skrzynkę, gdzie sadzi begonie", cytaty uruchamiają się wgłowie automatycznie ("Co dzis rzucili w bloto a co na wiatr?". Odczarowywał słowo właśnie słowem. Bawiąc sie nim, odkrywając nowe sensy utartych zwrotów, rozkładając frazeologizmy, czy może raczej frazesy, na cząstki podstawowe. Arcydziełem prześmiewczoironicznym jest "Określona epoka". Nawiasy i wtręty powodują gorzki uśmiech, oczyma wyobraźni nawet tak młody człowiek jak ja widzi czerwone goździki, zebranie aktywu, galerię partyjnych towarzyszy na ścianie świetlicy domu kultury czy innego ośrodka samopomocy, słyszy pokasływania i najważniejsze - "bulgot z karafki".
Nie byłoby literackiego Marca 68 bez Nowej Fali. Bez Barańczaka, Kornhausera, Zagajewskiego, Lipskiej.
Barańczak naprawdę wielkim poetą jest, "taka\ jest prawda, nieprawda\ i innej prawdy nie ma" . Szkoda, że troszkę niedocenionym w naszym kraju.
  • awatar Franny: niezłe!!!
  • awatar Gość: ja jestem jak ta lodówka (zaczyna to już brzmieć nudnie) w ramiona drzwiczek cię brałbym rano, w wieczór, w południe. (alba lodówkowa) (podpisuje sie rekami i nogami pod wyrazami uwielbienia dla tego Pana).
  • awatar Gość: Tylko i wyłącznie Witkacy :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Mój nick... Lubię "Achaję" Ziemiańskiego. Jest to trochę przewrotna sympatia. Ziemiański miał świetny pomysł, jechał trochę po bandzie, ale właściwie to co najlepsze w heroic fantasy - wykorzystał. Zero innowacji - zdarza się każdemu. Drugi tom fabularnie rozwija sie świetnie. Tylko, że niestety mamy jeszcze tom trzeci. Co się stało autorowi?? Zabrakło pomysłów? Czy może to jakiś specyficzny żart? Nie podjął kilku wątków z tomu drugiego, miałam nadzieje, że bardziej skupi sie na demonicznej naturze Achaji, nie sądziłam, że może tak urządzić Biafrę, chociaż z drugiej strony bylo to ciekawe. Piekielnie inteligenty facet, który miał szansę zostać najwiekszym władcą tego świata (teoretycznie) został "przerobiony" na narkomana i alkoholika, w czym w sumie był zabawny... Dzięki temu związek Achaji i jego nabrał zupełnie innego odcienia, tylko że, no właśnie, autor nie ukazuje czytelnikowi tego związku... Nie wiem, trudno mi się ustosunkować jednoznacznie. Początkowe rozczarowanie z czasem zmieniło się w akceptację. Jednak czy taka była wizja autora czy może coś po drodze zawiodło...?
Moja ulubiona scena - Achaja okazuje się szermierzem natchnionym i rozwala ośmiu (?) świetnych szermierzy Viriona. Klasyka
  • awatar Patricia Kelly: Moja ulubiona scena: Achaja przedstawia sie Baruchowi: zawód wykonywany:księzniczka królestwa Arkach, zawód wyuczony: księzniczka, zawód ojca: Wielki Książę Królestwa Troy:):)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Kontynuując temat kobiecy, nieco przewrotnie za to bardzo subiektywnie. Sapkowski, "Krew elfów":

"Jaskier dzielił atrakcyjne kobiety, w tej liczbie i czarodziejki, na przemiłe, miłe, niemiłe i bardzo niemiłe. Przemiłe na propozycję pójścia do łóżka reagowały radosną zgodą, miłe wesołym śmiechem. Niemiłe reagowały w sposób trudny do przewidzenia. Do bardzo niemiłych trubadur zaliczał zaś te, wobec których sama myśl o złożeniu propozycji wywoływała dziwne zimno na plecach i drżenie kolan."

Jaskier zawsze poprawia mi humor
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Może tak z okazji dzisiejszego dnia coś o kobietach.
Duża część literatury jest właśnie o kobietach, dla kobiet i przez kobiety pisana. Dodajmy, że duża część tzw. literatury popularnej czy wręcz niskiego lotu (vide: harlequiny), ale dzisiaj chcę napisać o książce naprawdę wyjątkowej kobiety. I właściwie nie umiem się zdecydować na jedną pozycję tym bardziej, że czerpią z siebie nawzajem. Mam na myśli Zofię Nałkowską i jej "Kobiety" a także "Dzienniki 1899-1905".
Młoda Zosia była naprawdę niezwykłą, rezolutną osóbką, pisała z zacięciem, w przenikliwy sposób obserwowała otoczenie, opisywała rzeczywistość. Pewna siebie, opryskliwa nastolatka jako postać literacka nie jest trudna do polubienia. Jej pierwociny czyta się z ciekawością i pasją, z jaką zostały napisane. Widać ogromny talent i potencjał, a także pasje obserwatorską, jaka była udziałem jej późniejszych książek.
Książka pt. "Kobiety" jest debiutem fabularnym młodej Zofii, częściowo opartym na pierwszych pamiętnikach autorki. Oczywiście nie fabularnie, ale dostrzegalne jest to w warstwie przemyśleń odautorskich. Można wręcz znaleźć całe fragmenty zaczerpnięte z "Dzienników..." dotyczące właśnie kobiet czy społeczncyh damsko-męskich stosunków. Fabularnie niezła, bez tych dywagacji nie istniałaby w pełni. Gorzka i poważna. O kobietach szamoczących się w życiu, desperacko poszukujących szczęścia i miłości. Smutna. Momentami bardzo dojrzała, kiedy indziej nieco naiwna - pamiętać należy, że Zosia miała około 20 lat kiedy powstawała ta opowieść, nie do końca ukształtowaną psychikę choć zaskakująco dorosłą. I dla mnie rzecz bardzo ważna - książka "Kobiety" nie jest trudna w odbiorze. Czytałam kilka pozycji Nałkowskiej. Z różnym skutkiem. I tę wspominam stosunkowo najlepiej. Oprócz "Dzienników". Obydwie zatem polecam amatorom literatury dobrej (niekoniecznie tylko kobietom), pozostawiającej po sobie ślad, aczkolwiek niemęczącej i powodującej, że chce się jeszcze wrócić do autora niejednokrotnie. A to choć może nie decydujące kryterium - bywa jednak ważne.
 

 
Ostatnia notka na dzisiaj. Tadeusz Konwicki.
Wszystko co przeczytałam jego autorstwa to były lektury. Chodzi mi o to, że sama pewnie bym się nigdy nie zabrała. Do dzisiaj mylą mi się "Mała apokalipsa" i "Kompleks polski" chociaz każde przeczytałam dwa razy. Jego twórczości nie można odmówic metafizyczności, dystansu, świata widzianego przez pryzmat groteski. Jednak zwrócić należy też uwagę na schematyczność. Co ciekawe - schematyczność celową, kontrolowaną i służącą konkretnym celom. Oczywiście nie mam tu na myśli całej twórczości. Ale kilka wybranych pozycji, m. in. te wyżej wspomniane wpisują się w pewien wzór. Mam gdzieś w notatkach z HLP stworzony przez Czaplińskiego bodajże taki schemat fabularny, a dokładniej tego, co dzieje się z bohaterem na konkretnych etapach rozwoju fabuły. Ciekawie zrobione.
Jest jednak jedna książka, też czytana w ramach lektur poniekąd szkolnych, która ukazała mi zupełnie innego Konwickiego, i o której mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest moją ulubioną książką tego autora. To "Kronika wypadków miłosnych". Lekko trącająca Schulzem ale bez tego zadęcia. Ciekawa zarówno od strony fabuły, jak i sposobu narracji. Do tego w lekko sylwicznej formie, czego zawsze chciałam doświadczyć, od kiedy dowiedziałam się czym jest sylwa, i że Konwicki ją uprawiał. Oprócz Schulza tchnie mi nieco zaskakująco "Domem dziennym, domem nocnym" Olgi Tokarczuk. Nie jestem w stanie tego wyjasnić. W ten sposób po prostu ją odbieram.
Mam nadzieję, że jeszcze kiedys wrócę do Konwickiego, chociaż ciągoty mam jednoznaczne - literatura lekka i przyjemna, odstresowująca i nie niepokojąca. Ale ciągnie mnie jeszcze do kilku (chociażby do "Czytadła", ciekawa jestem jak się rozprawił z literatura "poczytną", łatwą właśnie), no i filmy. Nie widziałam żadnego filmu. Obiecuję sobie, że nadrobię te braki. Koniecznie.
 

 
Nauczyłam się czytać w wieku pięciu lat. Sama. Moja mama była przedszkolanką, praktycznie wychowałam się w przedszkolu, w otoczeniu liter. Kiedy mój starszy o dwa lata brat poszedł do szkoły, podkradałam mu podręczniki i literowałam. Pamiętam to do dziś. W kuchni siedzi Dominik z mamą, odrabiają lekcje, a ja z jego elementarzem rozłożona na podłodze w pokoju literuję, sylabizuję i składam wyrazy.
Dokładnie nie pamiętam swojej pierwszej książki. Kojarzą mi się "Przygody Koziołka Matołka" Makuszyńskiego. Wersja komiksowa. Ale czy nie było czegos wcześniej? Raczej wątpię, że nie było.
  • awatar Loka: Ja raczej standardowo w to wskoczyłam, szkoła itd. Natomiast pamiętam moją pierwszą książkę wypożyczoną samodzielnie ze szkolnej biblioteki "Król deskorolki" :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

"Są książki, których grzbiety i okładki stanowią najlepszą ich część."
Karol Dickens


W kwestii tychże... Wstyd mi, że będąc miłośniczką książek jednocześnie tak mało o nie dbam. Załamania na grzbietach, latające kartki, poplamione strony - normalna rzecz w moim księgozbiorze. Skąd takie niedbalstwo? No cóż, szanuję książki, ale raczej ich treść niż otoczkę zewnętrzną. A, że towarzyszą mi wszędzie - zarówno przy jedzeniu, jak i w kąpieli, że o podróży nie wspomnę, odbija się to na nich negatywnie niestety. Cenię wygodę, stąd złamane grzbiety; trudno mi się czyta książkę przy której muszę sie wytężać aby doczytywać wersy do końca. Oczywiście to swoiste niszczenie dotyczy tylko moich własnych książek. O cudze dbam, staram się czytać w jak najmniej inwazyjny sposób. Jednak faktem jest, że mało czytam książek pożyczonych od kogoś. Wypożyczonych z biblioteki - owszem. Ale one najczęściej maja twarde okładki, albo odbyły już wizyty w introligatorni, więc złamane grzbiety im nie straszne, jedynie obowiązuje je zakaz jedzenia (tzn. mnie obowiązuje przy nich ).
Na swoja obronę mam też fakt, że wcale mi takie zniszczone książki nie przeszkadzaja. Świadczą o tym, że kocham z nimi przebywać. Że się swobodnie czuję w ich towarzystwie i że są moimi wiernymi kompanami.
 

 
Ano niestety i takie mam na swoim koncie.
Pewna moja znajoma twierdzi, że zawsze doczytuje książkę do końca, chociazby była najnudniejszym badziewiem, jakie w życiu czytała.
Mnie niestety brak takiego samozaparcia. Optymistycznie twierdzę, że zawsze jestem w trakcie czytania kilku książek, jednak tak naprawdę wiem, że przynajmniej części z nich nie dokończę już nigdy. Tak było chociażby z "Godzinami" Cunninghama. Zabierałam się za nie dwa razy, za drugim razem dotarłam dalej ale też nie do samego końca. Nie umiem przebrnąć przez tę książkę, tak po prostu. Znikoma ilość dialogów (tak tak, wiem, to bardzo "maturalne" podejście, niegodne prawdziwego miłośnika książki) skutecznie mi to uniemożliwia.
Inną książką, której czytanie zarzuciłam po jakichś 50 stronach i wiem, że już nigdy do niej nie wrócę, jest R. Scotta Bakkera "Mrok, który nas poprzedza". Jak dla mnie - jeden z naprawde niewielu gniotów literatury stricte fantasy. Może i jest tu spójność w obrębie świata przedstawionego. Tyle tylko, że ja jakos tej spójności nie wychwyciłam. Może to przez zbyt wczesne poddanie się, jednak jakoś nie mam ochoty sprawdzać co będzie dalej.

To były przykłady książek, co do których przekonana jestem, że więcej nie wrócę. Teraz napisze o książkach, o których wiem, że ssą świetne, które mi się podobają, jednak z takich czy innych powodów zakładki tkwią w nich niezmiennie w tych samych miejscach.
Tak się ma rzecz z trzecia książką Zadie Smith - "O pięknie". Książka skądinąd ciekawa. Historia niezwykłej pod każdym względem rodziny, opowieśc o każdym jej członku z osobna i wszystkich na raz. Już już prawie ją kończę, tylko właśnie jakoś nie mogę. Problem jest natury, powiedziałabym bardzo przyziemnej, bowiem chodzi mi o gabaryty. Książka gruba, nazwana zreszta "transatlantycką sagą", co może jej rozmiar w jakis sposób inklinować. Oczywiście nie przeszkadzają mi grube książki, wielotomowe, wielkoformatowe... Chodzi tylko o to, że jestem osobą poruszającą się między trzema miejscami zamieszkania, książka jest nieodłącznym elementem wyposażenia mej torebki. Z tak dużą książką pojawia się w tym momencie problem. Targanie jej w te i nazad nie jest szczytem wygody. I właściwie po prostu mi się znudziło. Książka więc spokojnie leży na półce i czeka aż znajdę chwilę czasu aby ją dokończyć. W tym wypadku zrobię to na pewno, tylko ciągły brak czasu kiedy akurat jestem w jej pobliżu zwyczajnie mi na to nie pozwala...
Identycznie rzecz się ma z "Podróżą do kresu nocy" L. F. Celine. Zaskakująco dla mnie - świetna książka. Zaskakująco, bowiem za groteską nigdy nie przepadałam (i tu mi się kłania "Ferdydurke", również przerwane w połowie), dodatkowo strumień świadomości to też nie jest łatwo czytający sie typ opowieści, przy okazji trącamy o naturalizm i pesymizm w odbieraniu świata. Nie zachęca? A jednak. Celine pisze w taki sposób, że co zdanie to perełka. Uwielbiam tę książkę. Jest naprawde warta przeczytania. A jednak stoi na półce w moim pokoju nietknięta. Nietknięta a przeczytana do połowy - od taki paradoks. Jak to możliwe? Otóż swego czasu wypozyczyłam ją z biblioteki (Biblioteki Uniwersyteckiej zresztą), po upływie miesiąca musiałam oddać, a że ówcześnie (nie wiem jak to teraz wygląda) był to jedyny egzemplarz - nie było mowy o przedłużeniu. No i doczytałam tylko do połowy. Jakieś pół roku później wznowiono wydanie. Książkę dostałam w gwiazdkowym prezencie. Gabarytów jest mniej więcej takich jak Zadie Smith. No i stoi sobie na półce i czeka na sprzyjające okoliczności. Obiecałam sobie, że sie w końcu doczeka.

Książek niedoczytanych, niedokończonych jest w moim życiu mnóstwo. Do niektorych wrócę, do innych raczej nie. Może z czasem znajdzie się ktoś kto mnie zachęci i jednak spróbuję podjąć na nowo przerwane fabuły. A może jednak nie. Wszystko przede mną.
  • awatar Loka: Czytanie powinno przede wszystkim bawić. Jaki jest sens w czytaniu danej książki, która nam się nie podoba na siłę ? Ja czytam do końca to co mnie porwie. Nie porywa ? odkładam.
  • awatar achajka: masz rację, nie ma sensu się męczyc skoro można ten czas przeznaczyć na ciekawsze pozycje, też wprowadzę w życie tę zasadę :)
  • awatar Gość: Widzę, że masz te same odczucia do niektórych książek co ja. Również odłożyłem na bok kilkadziesiąt sztuk w połowie czytania. Męczyło mnie to przez dość długi czas, tyle, że teraz nie odczuwam tego jako problemu. Bo wiem dobrze, że są setki książek, które będą mi się bardziej podobały i za ich czytanie zabiorę się chętniej. Rzecz jasna jest też pewna kategoria pozycji, które są poza tą klasyfikacją - książki ciekawe, ale po prostu trudne w odbiorze. Z nimi można się sporo namęczyć. Powodzenia życzę w dalszym prowadzeniu bloga i edukacji literackiej ;) Pozdrawiam p.s Też mnie zafascynowała Ahaja ;) Postaram się tu jeszcze wpaść.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›